Słyszałem...

Na wesoło » Pióro na otoku » Słyszałem...

 

..SŁYSZAŁEM, WIDZIAŁEM, STRZELAŁEM….. !!

…Dzisiejsze polowanie, uważam, za zakończone, dziękuję Patronowi za pokot i wszystkim Wam Koledzy, za obecność i udział w końcowym sukcesie. Takimi słowami, Sebastian pożegnał knieję, zdjął z siebie troskę i odpowiedzialność prowadzącego, a nam dał wreszcie możliwość wzniesienia toastu, za „Króla”. Zebrani przy pokocie przypieczętowali wszystko brawami, a zewsząd dało się słyszeć jedno zdanie - super polowanie, super polowanie…..!!

…Jedno zdanie, a ile treści, ile esencji, na temat minionego dnia i wydarzeń, z nim związanych. Podpisuję się, pod nim również, ale dla mnie było ono, jednocześnie, wyzwaniem i inspiracją, aby użyć pióra i „przelać” na papier stan mojej, myśliwskiej duszy, dowartościowany myśliwsko, kolejny raz! Głos oddaję świeżym, ale już wspomnieniom, a więc osłuchajcie……….!!

*

…Nie wiem, czy natrętny budzik wyrwał mnie ze snu, czy wczorajsze piwo upomniało się, że chce skorzystać z toalety!? W każdym razie musiałem wstać! Wszak sam wyznaczyłem godzinę, prowokując nieznośny „czasomierz”, do wściekłej wirtuozerii, a zadając się z „zapienionym piwskiem” godziłem się na jego kaprysy. Naprędce zaparzoną kawę i sklecone śniadanie pochłaniałem, w towarzystwie „łysego”, który już chudł z tęsknoty, za kolejną pełnią, ale zaglądając chciwie przez okno, chciał mi coś powiedzieć? Ale ja na niego nie zważałem, byłem już myślami w łowisku, na „zbiorówce”, u Chłopaków w Węgorzewskim Kole Łowieckim „Mazury” ......

…… oszroniona łąka, blado –czerwony nieboskłon, od przeciągającego się, gdzieś tam za horyzontem, zaspanego słoneczka, poranna cisza, przerywana, nieregularnym pianiem, wiejskiego koguta ,tworzyły razem, wspaniałą atmosferę oczekiwania, na całodzienne łowy i wspaniałe emocje, przeżytych przygód myśliwskich. Zrozumiałe, więc były ożywione rozmowy, w grupkach, śmiechy, z trafnego dowcipu, przywoływanie z pamięci, wspomnień – tych zeszłego tygodnia i tych odleglejszych, jako prowokacyjne „preludium”, do czekającego nas, myśliwskiego scenariusza. Stojąc wśród myśliwych, czułem, że wszyscy, tak, jak ja, pragnęli oddać się tajemnicom kolejnych miotów, czytać stronicę, po stronicy „Księgę Mazurskiej Kniei”, napisanej ręką „Mateczki Natury”!? Nawet pieski aktywniejsze z minuty, na minutę, potwierdzały, że nie obce są im fluidy, naszej pasji……

…Nikt nie zważał na to, że odliczanie myśliwych utknęło na liczbie 16, że „ zdradził” PRZYJACIEL -OSINOBUS, nie stawiając się na zbiórkę, a niektórzy, że przegapili licznie stojącą grupę myśliwych, jadąc dalej, w poszukiwaniu miejsca spotkania. Ochoczo, więc oddaliśmy swój dzisiejszy los, siły i energię, , w ręce Prowadzącego, tym razem Kol. Sebastiana Tryka, który przejął dyrygenturę, w realizacji, zaplanowanego na dziś, scenariusza. Scenariusza, zakodowanego, rzędami cyferek, na białych prostokącikach, kartek stanowiskowych. Swoją rolę, każdy wybrał sobie, sam, losując osobiście, w świadomości, że tak naprawdę, to nie od niego zależy jej treść i treść całego spektaklu. Moja rola, w tym scenariuszu, zakodowana była liczbami – „3”, „16”, „5” i „8”…………

*

………..Oddalające się kroki myśliwych, powoli cichły i pozwalały się skupić, dostroić do „rytmów natury”. Stanowisko „3” – wskazane, na skraju „szutrówki”, z widokiem na rozległy starodrzew. Znieruchomiałem, z wierną trójlufką, pod pachą, czekając na rozpoczęcie pierwszego miotu. Uśpiony,zimowy las i ostre, mroźne powietrze, uruchamiały, przysłowiowe „oczy wyobraźni”, kuszące wszelkim zwierzem, „przewalającym” się w pobliżu mojego stanowiska. Wspaniałe uczucie! Szczególnie, że zazdrosna pamięć, przywoływała natarczywie, podobne sytuacje z minionych polowań. Raptem, kłębiące się myśli, prysły, spod pomarańczowej opaski. To głos naganki, jak „klaps” na planie filmowym, wyzwolił mnie od natrętnych, choć miłych wspomnień. Zaczęło się!! A wydarzenia potoczyły dynamicznie – „przepłynęły” przede mną sarny, w oddali „przeczłapał” łoś –byczek, jakby szukał swojego miejsca w tym „amfiteatrze”, a przesuwający się oszczek gonu, naszych piesków, kwitowany był strzałami na linii. Maciek pozyskał „pachnącego” odyńca, a Marek „warchoła”. Ja dziki …..słyszałem!!!…….

Stanowisko „16” – gdyby na moim miejscu stał, któryś „Mazureczek”, znający ów teren, miałby okazję upolować z watahy, słusznego dziczka. Ja mogłem, stwierdzić, kolejny raz, że trafne są, Norberta „prorokowania”. Tym razem zapowiedział, że będę miał dziki i pod żadnym pozorem, mam nie „ładować śrutu”(sprawdziło się!). Sprytna locha wyprowadziła watahę z miotu i z wielkim hałasem pokonała, płytką w tym miejscu rzekę. W tym miocie, przypadł „warchoł”, Sebastianowi, …..a ja dziki …….widziałem!……

Stanowisko „5” – rozległa łąka, porastająca „kudłatą” trawą, poorana „szramami” wyschniętych, obecnie, rowów, których długość znaczyły, „irokezy”, rzadkich trzcin. Trudny, płaski teren, ale lubiany przez czarnego zwierza, o czym świadczyły, popisane buchtowiskami, uprawne pola. Stojąc w malowniczej scenerii, próbowałem przewidzieć, gdzie pojawią się dziki, jeśli tutaj w ogóle są? Spekulowałem, w duchu, gdzie na przedpolu, mógłbym ewentualnie oddać celny i bezpieczny strzał? Wszak dziki słyszałem i widziałem, czas by było strzelić i ustrzelić!! Nie dopuszczałem myśli, że spudłuję??!! Św. Hubert, nie pozwolił mi nawet dokończyć snutych rozważań, bo w tym właśnie momencie, na żółtą łąkę wypłynął „pociąg” dzików i strzelałem – uff! Dziki znikły, a na polu walki zostało ogromne „pudło” i wcale nie cieszyłem się, że i inni Koledzy, dorzucili co nieco, do stosu „makulatury”. Gratulowaliśmy Piotrkowi i Jurkowi, pewniejszej niż nasza, ręki i dziczków, którymi Ich Patron obdarzył….. Ja, do dzików strzelałem! 

Stanowisko „8” – słuchając, trafnych, do tej pory „przepowiedni” Norberta, zgodziłem się z Nim, że w scenariuszu dotychczasowym, miałem wszystko, tylko brakowało mi pozyskania dzika, więc w tym miocie, powinien leżeć. Ba, powinien!! I leżałby, gdyby moje strzały były tak trafne, jak prorocze słowa Kumpla. Niewielka, zarośnięta niecka, gęstymi „krzakami”, nosiła od lat miano „matecznika”. Już w zeszłym roku, mogłem się przekonać, o tym w trakcie polowania zbiorowego na lisy, kiedy to, zachodząc na stanowisko, „nadepnąłem”(w biały dzień), na uchtujące przelatki. Dzisiaj byliśmy też dobrej myśli… Najpierw uszedł, z gęstwiny łoś, prychając ze złości, że ktoś raczył zakłócić jego spokój, a później zagrały w zaroślach pieski i ruszyły słusznego pojedynka. Klucząc, przez chwilę, wybrał drogę ucieczki, przez moje stanowisko. Dwa strzały zamieniłem, na ciężkie do zniesienia, potężne pudła i zatrzymałem się na, rozdygotanej, ze złości i bezsilności, opinii, że zwierz ujdzie, w gęstwinie, do tyłu, bez możliwości, kolejnego strzału. Dzik wybrał, jednak czyste pole, a ja zrezygnowałem z doładowania broni. W „drabince”, moich przygód z czarnym zwierzem, zostałem na na szczeblu - ja do dzika … tylko strzelałem.

…….Powtarzający się okrzyk –… „ zbiórka, zbiórka, zbiórka”… zakończył ostatni miot. Dzień chylił się ku końcowi, a Sebastian odwrócił ostatnią kartkę scenariusza, opatrzoną nagłówkiem - ..”zbiórka, przy uroczystym pokocie”. Zajmowaliśmy miejsca, zgodnie z myśliwską tradycją, pełni świeżych wrażeń. Słońce, znużone kibicowaniem w naszych łowach, powoli zsuwało się pod kołderkę horyzontu, na zasłużony odpoczynek, chociaż mnie się wydawało, że to raczej ze wstydu, na myśl o moich pudłach

……..

…Dziękuję wszystkim Kolegom, za dzień pełen wrażeń, za wspólne polowanie i myśliwską przygodę. Gratuluję Sebastianowi, perfekcyjnego prowadzenia polowania, wznoszę, „pachnący” odyńcem toast, za „Króla” Maćka!! Porażka trochę boli, ale zawsze ją wpisuję w moje łowieckie wyprawy. Wspomnienie – super polowania, dedykuję wszystkim, jego uczestnikom.

Olszewo Węgorzewskie/14.XII.2014r.

I może dobrze, że nie było OSINOBUSA, bo musiałbym, te wszystkie „pudła” zabrać do domu???!!

„Darz Bór”

[ Jerzy Zinkiewicz ]